Lubogoszcz - listopad 2010

I pojechaliśmy…

Większość z nas (czyt. uczniaków 2b) była w ośnieżonych domkach Lubogoszczy już rok temu, więc plotki o domniemanych godzinach nużących zajęć zapełniających grafik wycieczki dojechały na sankach nawet do młodziaków z pierwszej klasy. Co tu się dziwić, że tak wielu wolało zostać w domach. Trudno, ich strata.

Jeśli nie macie zamiaru czytać reszty tekstu i oczekujecie krótkich słów określających całokształt wyjazdu, oto one: było świetnie. Wbrew wszelkim pozorom nie jest to opinia wzorowo szczęśliwego ucznia, oczekującego po tym tekście pochwały ze strony zadowolonego z tekstu nauczyciela. Właściwie to całkiem szczere. I nie takie dziwne, biorąc pod uwagę to wszystko, co otaczało nas przez te trzy dni i dwie noce. *Szczególnie noce, choć może akurat je powinniśmy ominąć* (po prostu musiałem to napisać)


Czytaj więcej

OK, przyznaję: nie wszystko było takie śnieżnobiałe. O ile część wyprawy do Lubogoszczy spędzona w autokarze nie zmuszała do większego wysiłku, to już podróż przez las zmuszała do tego, by co jakiś czas powiedzieć o jedno ostre słowo za dużo. Natomiast powtórzenie jej podczas drugiego dnia wycieczki… Straszne, naprawdę. No cóż, pobiegaliśmy sobie przynajmniej jak te sarenki i straciliśmy kilka dekagramów zdobytych na stołówce. A zyskaliśmy tam całkiem sporo. Może i obiadek nie olśniewał swym blaskiem, jak ten przygotowany przez chcące utuczyć nas babcie, jednak wcale nie było tak źle.

Och, wykłady! Samo to słowo zmusza do rzewnego płaczu, a już kiedy dotyczy ono nas samych… Co za nieszczęście, że nie było was z nami. Wasze podejście do tematu uległo by sporej zmianie. No, może nie wyjątkowo sporej, ale zawsze to coś.

Och, wykłady! Samo to słowo zmusza do rzewnego płaczu, a już kiedy dotyczy ono nas samych… Co za nieszczęście, że nie było was z nami. Wasze podejście do tematu uległo by sporej zmianie. No, może nie wyjątkowo sporej, ale zawsze to coś. Wyjątkowość godzin spędzonych na sali zawdzięczamy pewnie ich motywowi przewodniemu, a mówiąc konkretniej – grotesce. W połączeniu z talentami oratorskimi (a tu wymieniamy nauczycieli będących z nami na tej wbijającej się w pamięć wycieczce) wynikła z tego naprawdę interesująca mieszanka, w której trwaliśmy te kilka dni. Nie zmieniła tego nawet prośba narysowania kolorowymi kredkami wizerunków groteskowych maszkaronów, która pojawiła się podczas pierwszego dnia zajęć. Kto wie, może nie było to takie straszne. Choć początkowe jęki rozpaczy sugerowały co innego. Chyba całkiem oczywistym jest, że spotkało nas znacznie więcej niż tylko zabawa z kolorowankami, jednak nie sposób pozostać przy temacie zbyt długo, gdy tuż obok szykuje się coś, co stanowiło dla nas wszystkich prawdziwy trzon tej wycieczki. Niestety, ale każdy tekst, który musieliśmy przeczytać, każdy film, który musieliśmy oglądnąć i każda notatka, jaką musieliśmy stworzyć, nie znajdzie tu dla siebie miejsca. Szkoda, bo przecież i one wbiły się w pamięć. Choć nie tak, jak wspomniany już trzon, czyli…

Integracja! W zagubionych pośrodku gór domkach nadaliśmy temu słowu zupełnie inne znaczenie. Być może nasz kontakt z pierwszakami nie był tak dobry, jakbyśmy sobie tego życzyli (nie mogliśmy się nawet do nich zbliżyć, tak szybko uciekali!). Jednak nasze własne towarzystwo wynagradzało to w pełni. A gdy tylko dołączyli do nas sami opiekunowie – rety! Chcielibyście teraz trochę szczegółów, prawda? Macie pecha, a ja zbyt mało miejsca do opisu. Macie też jednak odrobinę szczęścia: część naszych wariacji (ale tylko tych delikatniejszych) umieściliśmy na zdjęciach, które powinny w pełni oddać to, co ja starałbym się opisać. Rzućcie okiem na nie wszystkie, pozwalając mi przy okazji napisać jeszcze raz, to co zdążyłem napomnieć już wcześniej: było świetnie! Więc gdy w zbliżającym się nowym roku usłyszycie o nadchodzącej eskapadzie do Lubogoszczy, postarajcie się porozmawiać z nauczycielem. Może w autokarze znajdzie się kilka wolnych miejsc specjalnie dla was?


Maciej Piwowar

foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto foto
foto foto foto